blank.gif blank.gif blank.gif
Na rowerze z Firemanem
Grudzień 12 2017 11:37:11
blank.gif Nawigacja blank.gif box_on.gif blank.gif
bullet.gif Trasy rowerowe
bullet.gif Relacje z wycieczek
bullet.gif Relacje z zawodów
bullet.gif Inne artykuły
bullet.gif Mapa fotograficzna
bullet.gif Filmy video
bullet.gif Linki WWW
bullet.gif Księga gości
bullet.gif Pogoda

bullet.gif Mój BikeBlog
bullet.gif Kalendarium rowerowe
bullet.gif Podsumowanie sezonów
bullet.gif Moje osiągnięcia
bullet.gif O mnie stronie i rowerze
bullet.gif Kontakt

bullet.gif Szukaj
blank.gif Logowanie blank.gif box_on.gif blank.gif
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
blank.gif Aktualnie online blank.gif box_on.gif blank.gif
bullet.gif Gości online: 1

bullet.gif Użytkowników online: 0

bullet.gif Łącznie użytkowników: 10
bullet.gif Najnowszy użytkownik: Szadziu
blank.gif Ostatnie artykuły blank.gif box_on.gif blank.gif
bullet.gif Bałkany 2012
bullet.gif Nad morze w 1 dzień...
bullet.gif Podsumowanie sezonu ...
bullet.gif Alpy Austriackie 2011
bullet.gif Hiszpania - Costa Bl...
blank.gif Newsletter blank.gif box_on.gif blank.gif
Aby móc otrzymywać e-maile z Na rowerze z Firemanem musisz się zarejestrować.
blank.gif Statystyki blank.gif box_on.gif blank.gif
blank.gif Bornholm 2009 blank.gif box_on.gif blank.gif

BORNHOLM 2009


  • Długość całkowita wycieczki : 277 km (w tym po Bornholmie ok. 245 km)
  • Całkowity czas wycieczki : wyjazd 27.07.2009 godz.12 - powrót 01.08.2009 godz.13
  • Koszt wycieczki : 440 zł ( transport 322 zł (w tym pociągi 42 zł; statek 280 zł) ; jedzenie w Polsce 30 zł ; jedzenie w Danii 53 zł ; noclegi 35 zł )
  • Galeria zdjęć : TAK (215 zdjęć)
  • Video: TAK
  • Mapy : TAK


Plany wyjazdu na Bornholm pojawiły się już na początku roku - mieliśmy jechać większą grupą jednak niestety nic z tego nie wyszło bo nie udało nam się zgrać terminów. Na "placu boju" została jedynie Agnieszka, która postanowiła że jak nikt nie chce jechać to jedzie sama, zarezerwowała bilety na statek i... pojawiła się chętna na wyjazd - Roksana, jednak warunkiem Roksany była zmiana terminu na tydzień później. Dziewczyny dogadały się co do terminu i wyjazd ostatecznie zapadł na tydzień później co i dla mnie okazało się korzystne, gdyż miałem akurat w tym terminie kilka dni wolnego, dodatkowo załatwiłem sobie urlop i można było kombinować z wyjazdem. 10 dni na załatwienie wszystkiego - kupno sakw, namiotu, przetestowanie nowo zakupionego sprzętu, nazbieranie informacji, stworzenie planu zwiedzania wyspy i rezerwacja biletu na statek na tydzień przed wypłynięciem zakończyła się sukcesem. A więc w drogę...



Dzień 1
poniedziałek 27.07.2009

  • Trasa : [ pociąg -> Trzemeszno - Poznań Główny - Kołobrzeg ] Kołobrzeg
  • Dystans : 8,69 km [PKP -> 344 km]
Wyjazd po przygodę na wyspie Bornholm rozpoczął się 27 lipca 2009. O godzinie 12 wskoczyłem do pociągu - kierunek Kołobrzeg. Dziewczyny o tym czasie kręciły już pierwsze kilometry na Bornholmie, gdyż mój wyjazd musiał się opóźnić o 1 dzień ze względu na pracę. Sam dojazd rowerem na dworzec PKP spowodował u mnie pewne obawy, gdyż po załadowaniu sakw i innych pakunków na bagażnik przeraziłem się ile to wszystko waży i jak dziwnie z tymi dodatkowymi kilogramami się jeździ... o podniesieniu roweru mogłem sobie tylko pomarzyć. Cieszę się że przed wyjazdem kupiłem sakwy Crosso Dry bo dzięki systemowi szybkiego zakładania/ściągania wsiadanie do pociągu i wysiadanie było łatwe. Podróż do Kołobrzegu pociągiem upłynęła w sumie bez rewelacji i na miejscu, w Kołobrzegu wylądowałem koło 18. Statek na Bornholm miałem dopiero na następny dzień. W planach był nocleg na dziko na plaży, ale rodzice załatwili mi nocleg u wujka więc skorzystałem z tego luksusu. Zostawiłem bagaże na kwaterze, zjadłem kolację i pognałem pokręcić się rowerem po Kołobrzegu. Nad morzem tłumy ludzi - dzień wcześniej skończył się akurat Sunrise Festival i jeszcze było czuć klimat tej imprezy bo można było gdzieniegdzie potańczyć... fajnie, fajnie... też bym sobie poskakał na plaży, tylko trzeba było zmykać spać bo jutro pobudka wcześnie rano.




Dzień 2
wtorek 28.07.2009

  • Trasa : [ statek -> Kołobrzeg - PL/DEN - Nexo ] Nexo - Bodilsker - Aakirkeby - Gamleborg - lasy Almindingen - Gulbakkevejen 6
  • Dystans : 44 km [statek -> ]


Pobudka coś koło 5:30 rano, wrzuciłem graty na rower i pojechałem do portu w Kołobrzegu. Tam już kręciło się sporo ludzi - zaskoczyła mnie ilość rowerzystów z sakwami, przyczepkami i innymi wynalazkami. W kasie odebrałem wcześniej zarezerwowane bilety (bilet rezerwowałem przez internet tydzień wcześniej) i mogłem ładować się na katamaran Jantar. Najpierw musiałem niestety rozbroić rower z wszelkich sakw i wystających elementów (jak dobrze że kupiłem sakwy Crosso, gdyż dzięki systemowi montażu na haki ściągnięcie wszystkiego zajęło chwilkę). Rower został wciągnięty przez załogę na górny pokład, a ja z bagażami udałem się głównym wejściem na katamaran. Bagaże zostawiłem w głównym holu na korytarzu i poszedłem zwiedzić jednostkę pływającą. Po godzinie 7:00 odbiliśmy od przystani i wypłynęliśmy na pełne morze - za 4,5 godziny wyląduję na Bornholmie, a na razie dookoła sama woda. Rejs upłynął w sumie dosyć nudno, na początku wielka podnieta gdyż pierwszy raz miałem okazję płynąć na pełnym morzu, później już się zaczęło nudzić, ale po 2 godzinach zaczęły się pojawiać burzowe chmury i delikatnie rozpadało się, a morze trochę mocniej się rozfalowało więc fajnie zaczęło bujać - nie każdemu było fajnie bo niektórzy strasznie cierpieli i z woreczkami foliowymi się nie rozstawali. Jak ja płynąłem na Bornholm dziewczyny w tym czasie gnały rowerem z zachodniej części wyspy na wschodnią do portu w Nexo, gdzie mieliśmy uzgodnione spotkanie. Po 11:30 zawitałem do portu w Nexo i stanąłem na Bornholmie - duńskiej wyspie na Morzu Bałtyckim. Odebrałem rower i pognałem do dziewczyn, które czekały już na mnie od kilkudziesięciu minut. Dalej już ruszyliśmy obładowanymi rowerami (Agenciara była tu nie do pobicia - zabrała chyba wszystko co miała w domu) w trójkę na podbój wyspy. Pogoda się poprawiła bo chmury sobie poszły i zaświeciło słońce.
Na początek pokręciliśmy się trochę po urokliwych uliczkach Nexo z ciekawą zabudową - co ciekawe to niby jedno z większych miast na wyspie, a czułem się jakbyśmy byli tu tylko my bo prawie nie widać było ludzi. Odwiedziliśmy kościół pod wezwaniem św. Mikołaja z cmentarzem, zatrzymaliśmy się przy domu pisarza Martina Andersena-Nexo i wyjechaliśmy z Nexo. Kolejnym przystankiem był kościół (Bodils kirke) z cmentarzem w Bodilsker. Co mnie zaskoczyło to skromność wyposażenia kościołów - tylko ławki, ołtarz, jakiś tam obrazek, organy i modele statków zawieszone pod sufitem. Cmentarze także są inne niż u nas... groby nie są naładowane jeden na drugiem, panuje ład, jest dużo zieleni i nagrobki mają postać płyt kamiennych - podoba mi się to. Chyba to w tym miejscu wpadliśmy na patent zaopatrywania się w wodę w cmentarnych toaletach (no Bornholmie można spokojnie pić wodę prosto z kranu), gdyż na każdym cmentarzu znajduje się toaleta z dostępem do bieżącej wody - przez całą wyprawę zaopatrywałem się w wodę tylko w ten sposób. Z Bodilsker pojechaliśmy do Aakirkeby po drodze odwiedzając runy i wiatrak. W Aakirkeby zwiedziliśmy kościół Aa kirke z cmentarzem, a następnie zatrzymaliśmy się na rynku (Torvet) gdzie znajdowały się pomnik gęsi (gęsi w średniowieczu ostrzegały mieszkańców przed pożarami i innymi niebezpieczeństwami) oraz odbywał się akurat jarmark staroci, na którym można było zakupić różne dziwne rzeczy - szczególną uwagę zwróciło uwagę stoisko z sympatycznymi świętymi Mikołajami. Ruszyliśmy dalej w kierunku największego kompleksu leśnego na wyspie - Almindingen. Lasy skrywają sporo atrakcji. Na pierwszy ogień poszła dolina echa Ekkodalen - jakąś oszukaną ma tą nazwę gdyż echo nie chciało nam w ogóle odpowiedzieć, ale miejsce jest bardzo urokliwe i stanowi taką małą namiastkę gór. W pobliżu Ekkodalen przypadkiem spotkaliśmy wyczekiwane przez Agenciarę krowy szkockie z długimi grzywami, niestety siedziały dosyć daleko od nas w cieniu i nie za dobrze było je widać, ale Agenciara nie dawała za wygraną... efekt był tego taki że nadziała się na pastucha, który "kopnął" ją prądem. Dalej ruszyliśmy pagórkowatymi drogami przez lasy do głazu narzutowego Rokestenen - zwanego chybotkiem, bo się chyboce. We trójkę próbowaliśmy go rozbujać, ale coś nam to kompletnie nie wychodziło. Zrezygnowani postanowiliśmy się posilić - w międzyczasie do głazu przyszła rodzina z małymi dzieciakami i pan bezproblemowo rozbujał głaz. Kolejną atrakcją w lasach były ruiny średniowiecznej warowni Lilleborg z położonym u podnóża uroczym jeziorkiem Borgeso, przez które przebiega drewniany mostek. Przed dojazdem do tej atrakcji zagadaliśmy (chyba pytaliśmy się o drogę) napotkaną kobietę, która chciała nas wyprowadzić na manowce... jak się później okazało to nie my się pogubiliśmy tylko ta kobieta, gdyż wysiadła na niewłaściwym przystanku autobusowym. Wracając do ruin warowni to są to tylko mało ciekawe ruiny z których jest ładny widok na jeziorko. Debatując nad mapą doszliśmy do wniosku że dalej pojedziemy skrótem, więc pojechaliśmy przez mostek i dalej już pod górę, między głazami... na piechotę, pchając rowery i dysząc jak parowozy. Po kilkuset metrach pchania masakrycznie ciężkich rowerów z bagażami, trafiliśmy na jeszcze większe skały i stwierdziliśmy że chyba nie ma sensu dalej iść. Na rozmyślaniu co dalej, upłynęło nam dobre kilkadziesiąt minut, aż napotkaliśmy spacerujących Polaków (to nie ostatnie nasze spotkanie na wyspie), którzy odradzili nam przemieszczanie się z rowerami tym szlakiem gdyż dalej jest jeszcze gorzej. No to zrobiliśmy odwrót i pojechaliśmy na Rytterknaegten (najwyższe wzniesienie na Bornholmie wznoszące się na wysokość 162 m npm) inną drogą - jak się okazało było nieznacznie dalej (tak to jest z tymi skrótami), ale o wiele szybciej. Wjazd na to najwyższe wzniesienie Bornholmu był dosyć męczący, gdyż było całkiem sporo jazdy pod górkę z dosyć sporym nachyleniem, ale w końcu udało się tam dotrzeć. Wieża była otwarta więc wbiliśmy się na górę skąd roztaczały się przepiękne widoki na całą wyspę.
Dzień powoli się kończył więc trzeba było powoli zacząć szukać noclegu, co okazało się dosyć trudnym zadaniem... krążyliśmy sporo po lasach przy okazji odwiedzając groby wikingów, ale drogi do pola namiotowego kompletnie nie mogliśmy znaleźć chociaż na naszej mapie widniało jak byk, że gdzieś musi to być tutaj w pobliżu. Całe szczęście że Roksana miała spis noclegów z dokładnymi danymi bo trafiliśmy w końcu tam kierując się tabliczkami z nazwami ulic - przy użyciu samej mapy chyba nam by się to nie udało, gdyż oznakowania dojazdu do pola namiotowego prawie nie było (jedynie mało wyraźny znak przy samym gospodarstwie). Rozbiliśmy namioty i w międzyczasie przyszedł do nas gospodarz ze słownikiem języka polskiego w wiadrze - hehe dogadywanie się z nim to była istna komedia - on po swojemu, my po swojemu i nikt nikogo nie rozumie. Na szczęście w końcu jakoś się dogadaliśmy, uiściliśmy opłatę za nocleg (20 DDK od osoby) i można było się posilić. Wieczór upłynął nam bardzo miło przy ognisku, z gorącymi zupkami z paczki w kubkach.



Dzień 3
środa 29.07.2009

  • Trasa : Gulbakkevejen 6 - Vestermarie - Nylars - Grisby - Ronne - Sorthat - Muleby - Hasle - Rutsker - Vang - Hammershus - Moselokkevej 5
  • Dystans : 52 km


Kolejny dzień przywitał nas słoneczną pogodą. Spakowaliśmy cały nasz majdanek i ruszyliśmy w trasę. W dniu dzisiejszym w planie była cała zachodnia część wyspy. Na początek odwiedziliśmy jedną z czterech rotund na wyspie - rotundę w Nylars. Sama rotunda nie zrobiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, bardziej moją uwagę przykuł sąsiadujący z rotundą cmentarz. Następnie ruszyliśmy piękną ścieżką rowerową przez pola, lasy i pola golfowe w stronę Ronne. Po drodze trafiliśmy na lasek ze stawkiem, gdzie jeden z artystów zrobił wystawę kamieni z namalowanymi na nich różnymi sympatycznymi postaciami. Pierwsze co odwiedzamy w Ronne to supermarket Netto (najtańsze zakupy na Bornholmie), gdzie uzupełniamy zapasy żywności. Jadąc uliczkami Ronne zaglądamy co chwilę ludziom do okien, gdyż tam takiego czegoś jak firany lub rolety to prawie nie znają ;) Dojeżdżamy do kościółka Sct. Nikolaus Kirke, skąd roztacza się widok na port. Następnie jedziemy przez rynek Store Torv, gdzie oglądamy artystyczny zegar słoneczny tzw. "ronneńskie Stonehenge" - tutaj na rynku chociaż trochę więcej ludzi widać, gdyż tak to większość uliczek strasznie wyludniona jest. Na dworze zrobiło się bardzo ciepło, morze blisko więc postanowiliśmy się ochłodzić w bornholmskich wodach - w okolicach miejscowości Muleby zatrzymaliśmy się na plaży (znaleźć jakąś plażę nie było zbyt łatwo), gdzie oddaliśmy się 2 godzinnemu leniuchowaniu połączonym z kąpielą w morzu. Po plażowaniu chcieliśmy odwiedzić kopalnię gliny, jednak rozleniwiliśmy się, droga do tej kopalni nie była zbyt łatwa więc jakoś nikomu z nas nie chciało się do samej kopalni dojechać - w międzyczasie jadąc przez las rozległ się straszliwy syk - okazało się że to rower Roksany odmówił posłuszeństwa. Zrobiło mi się gorąco, gdyż po odgłosach zanosiło się na poważną awarię ogumienia, ale na szczęście to tylko zaworek się odkręcił, więc po napompowaniu mogliśmy ruszyć dalej. Zajechaliśmy nad turkusowe Jezioro Rubin So - wcześniej przed plażowaniem odwiedziliśmy także dwa sztuczne jeziora z szafirową wodą - Safirso i Smaragdso. Odwiedziliśmy kościółek w Hasle oraz 2 metrowej wysokości kamień runiczny Marevadstenen. Z Hasle ruszyliśmy w kierunku Rutsker - droga piękna, gdyż wjeżdżaliśmy na wzniesienie i za naszymi plecami roztaczał się bardzo ładny widok na morze. W Rutsker odwiedzamy najwyżej położony kościół w Danii - Ruts kirke. Kolejnym naszym celem jest skaliste wybrzeże ze skałą Jons Kapel. Jedna tak szybko tam nie docieramy - po drodze spotykamy tubylca, któremu pytamy się o drogę, a ten nas wyprowadził w... kamieniołom. Przejechaliśmy przez kamieniołom i na drodze spotkaliśmy Niemców, którzy również zabłądzili, ale samochodem. Pogadaliśmy chwilę z nimi i doszliśmy do wniosku że trzeba się cofnąć - to był dobry wybór bo po ponownym przejechaniu kamieniołomu trafiliśmy na znak wskazujący drogę do John Kapel - tym razem już udało się dotrzeć bezproblemowo. Zostawiamy rowery na parkingu i dalej już idzimy na piechotę. Docieramy do skalistego wybrzeża - widoki przecudne. 20 metrowa skała Jons Kapel prezentuje się okazale, natępnie schodzimy bardzo stromymi i długimi schodami w dół, gdzie docieramy do ściany granitowego klifu, którego pionowe ściany wznoszą się ponad 40 metrów nad taflę morza. Niestety morze spokojne, więc fale nie rozbijają się o jego ściany. Jest tu tak magicznie że przesiadujemy tutaj trochę czasu, ale trzeba ruszać dalej bo czekają kolejne atrakcje. Wracamy więc na parking - uff rowery z bagażami stoją nietknięte. Jedziemy dalej... wjazd do Vang to mała namiastka gór -…szybki i stromy zjazd z ostrymi zakrętasami - niestety moje zapędy na rekord prędkości studzi kierowca, który mocno mnie spowolnił. Na dole hamulce prawie się dymią od ciężkiej pracy. Leniuchujemy chwilę w porcie jachtowym skąd roztaczają się piękne widoki na klifowe wybrzeże, widać stąd również ruiny zamku Hammershus. Ruszamy więc w kierunku zamku, docieramy na parking rowerowy i tutaj ponownie zostawiamy rowery i dalej idziemy na piechotę w kierunku ruin zamku. Zamek jak był w całości musiał przepięknie się prezentować - niestety obecnie zostały z niego ruiny. Na terenie ruin trafiliśmy na polankę z której roztaczał się zapierający dech w piersi widok na morze i klify - najchętniej rozbiłbym się tutaj z namiotem i spędził noc - niestety na Bornholmie na dziko nie można się rozbijać. Szwędając się po ruinach i robiąc zdjęcia zgubiła nam się Roksana - minęło trochę czasu zanim odnaleźliśmy się w tym labiryncie murów. Słońce zaczęło powoli zachodzić za horyzont więc trzeba było poszukać pola namiotowego, które było gdzieś w okolicy. Ponownie kiepskie oznakowanie tego typu obiektów sprawiło nam trochę problemów - stoimy na skrzyżowaniu 300 metrów od pola namiotowego i zastanawiamy się gdzie jechać - zaczepiliśmy więc przebiegającego biegacza, który wskazał nam widoczny nieopodal dom. I faktycznie okazuje się że za domem jest pole namiotowe - niestety pierwsza część w całości zapłeniona turystami, więc właścicielka wysłała nas na drugie pole namiotowe, które znajdowało się kilkaset metrów dalej na polance w środku lasu - niezły hardcore - okazuje się że jesteśmy tu prawie sami - stoi tylko jeden namiot. Rozbijamy się z namiotami, ale do kuchenki po ciepłą wodę i do WC nikomu z nas nie chce się biegać przez ciemny las. Udaje się nam rozpalić jakoś ognisko i w przyjemnej atmosferze spędzić wieczór - na kolację specjały w stylu pieczonych bananów i chlebka, miśków-żelków i innych zapasów z sakw ;)



Dzień 4
czwartek 30.07.2009

  • Trasa : Moselokkevej 5 - Allinge - Sandvig - Allinge - Olsker - Tejn - Stammershalle - Gudhjem - Gudhjemvej 35 - Osterlars - Ostermarie - Arsdale - Svaneke - Listed - Boishavn - Randklove - Saltuna - Melsted - Gudhjemvej 35
  • Dystans : 82 km


W nocy wilki nas nie zjadły, chociaż różne dziwne odgłosy dało się słyszeć koło namiotu. Spakowaliśmy się i zjechaliśmy na pierwsze pole namiotowe, gdzie znajdowało się całe zaplecze - tam poranna toaleta, pyszne śniadanko z zupkami z paczki. Około 8:30 ruszyliśmy w trasę - dzisiaj zwiedzanie północnej i wschodniej części wyspy. Na początek odwiedziliśmy po raz drugi kamieniołom granitu Moselokken (znajduje się tu także muzeum - niestety akurat zamknięte), który znajdował się koło naszego obozowiska, a następnie ruszyliśmy do Sandvig przez Allinge. Po drodze zatrzymaliśmy się przy zespole prehistorycznych rytów naskalnych - Madsebakke helleristninger. W Sandvig ruszyliśmy w kierunku latarni morskiej Hammerodde Fyr - tutaj mała niespodzianka - zakaz jazdy rowerów. Zostawiamy więc rowery gdzieś przy ławce i dalej idziemy jakiś kilometr na piechotę - widoki tutaj są bardzo ładne - z jednej strony morze z skalistym wybrzeżem, a z drugiej strony skaliste wrzosowiska - spotkaliśmy też swobodnie pasące się owce. Zrobiliśmy pamiątkowe foty przy latarni i armatce i wróciliśmy z powrotem - niesamowite - rowery zostawione na odludziu z bagażami stały nietknięte. Kolejnym celem jest rotunda w Olsker, następnie zjeżdżamy do portu jachtowego w Tejn i robimy tu zakupy w Netto - ze sklepu wychodzę bardzo zadowolony, gdyż udało mi się kupić kiełbachy w przyzwoitej cenie, więc kolacja dzisiaj będzie wyborna - kiełbasa z ogniska... mmmmmmmm. Jedziemy przyjemną, pagórkowatą drogą wzdłuż wybrzeża - trafiamy na "ciekawy punkt", którym jest skaliste wybrzeże - Roksanę ta atrakcja ominęła, gdyż jak zobaczyła zjazd i złapała wiatr w plecy to pognała do przodu nie zwracając uwagi na nasze okrzyki aby zawróciła. Kręcimy się chwilę po ciekawych formacjach skalanych i jedziemy dalej... odnajdujemy Roksanę i zajeżdżamy do największego wodospadu w Danii - Dondalefaldet - o tej porze roku wodospadem to ciężko nazwać, gdyż woda płynie tam małym ciurkiem, ale dzięki temu mogę wspiąć się po skałach na sam szczyt i stanąć na samej krawędzi wodospadu. Jedziemy dalej... zostawiamy rowery na wypasionym parkingu dla rowerów i udajemy się na piechotę do Świętych Skał (Helligdomsklipperne). Po drodze trafiamy na tak wyczekiwane przez Agenciarę krowy szwedzkie z długimi grzywkami. Święte Skały robią na mnie ogromne wrażenie - skały o niezwykłytch kształtach wznoszą się pionowymi ścianami kilkanaście metrów (do 22 metrów) nad poziom morza. Schodzimy do zatoki Thora, a potem udajemy się kawałek obok do wąskiej strzeliny - najpierw trzeba przejść drewnianym mostkiem, później zejść po drabince w dół zgrywając się z rytmem fal morskich (inaczej morze nas dopadnie i zmoczy), a następnie wchodzi się w długą, ciemną i wąską szczelinę. Niestety latarki ze sobą nie miałem ale co tam, jest komórka więc coś tam oświetli... wbiliśmy się do pieczary, zawędrowaliśmy z kilkadziesiąt metrów w głąb... ciemno jak diabli i im dalej się idzie tym bardziej wąsko się robi. Z dalszej penetracji zrezygnowałem jak trafiłem na półmetrowy uskok na ziemii - na szczęście go zauważyłem więc nóg nie połamałem.
Przed Gudhjem złapał nas przelotny deszcz. W Gudhjem odwiedziliśmy największy w Danii holenderski wiatrak, kościółek i zjechaliśmy (a raczej sprowadziliśmy rowery) wąską i stromą uliczką w dół do portu jachtowego - tutaj chyba wszyscy ludzie z Bornholmu się zebrali bo ludzi tłumy do tego miejscowość mało przyjemna dla rowerzystów bo trafiają się zakazy jazdy rowerem. Po raz kolejny tego dnia zgubiliśmy Roksanę, ale na szczęście szybko nam się odnalazła. Z Gudhjem pojechaliśmy na pole namiotowe, gdzie postanowiliśmy zostawić bagaże i zwiedzać dalej bez balastu. Znalezienie pola namiotowego ponownie nie było najłatwiejsze, ale udało się. Miejscówka bardzo fajna - soczyście zielona trawka i grzejące słońce podczas rozkładania namiotów trochę nas rozleniwiła i był problem żeby się ruszyć w trasę. Już bez bagaży ruszyliśmy na objazd północno-wschodniej części wyspy. Na początek odwiedziliśmy kolejną rotundę w Osterlars. Następnie gdzieś za Ostermarie stajemy przy wiatraku - tam spotykamy Polkę, którą mieliśmy okazję już poznać mojego pierwszego dnia na wyspie - rozmawiamy chwilę i okazuje się że wraz z znajomymi nocuje dzisiaj na tym samym polu namiotowym co my, więc zobaczymy się ponownie wieczorem. Następnie zbaczamy z głównej drogi chcąc zobaczyć park rozrywki Joboland. Niestety ukryty jest gdzieś w krzaczorach, więc jedziemy dalej. Dojeżdżamy do Arsdale, gdzie zatrzymujemy się na pięknym skalistym wybrzeżu, przy okazji próbujemy nawiązać kontakt z miejscowymi końmi. W Svaneke odwiedzamy port jachtowy, kościółek Sveneke kirke , dziwaczną wieżę ciśnień przypominającą piramidę, wiatrak Stubmolle. Dziewczyny chciały spróbować miejscowych specjałów z lodziarni, jednak kolejka posuwająca się żółwim tempem zniechęca je. Jedziemy dalej główną trasą wzdłuż wybrzeża, słońce powoli zachodzi za horyzont - trasa jest przepiękna widokowo i nieźle pofałdowana - co chwila trafiają się całkiem długie podjazdy i zjazdy. Do bazy noclegowej zajeżdżamy już o ciemku, ognisko się pali, przy nim siedzą znajomi Polacy, więc zapowiada się miły wieczór w towarzystwie rodaków i pyszna kolacja bo w namiocie czekają na mnie kiełbachy :) Zasiadamy przed ogniskiem w towarzystwie Polaków... dziewczyny prawią coś tam o wegatarianiźmie i mi chyba wszystkich zniechęciły do moich kiełbas z ogniska. Ja tam się tym nie przejmuję i pałaszuję kiełbasa za kiełbasą - takie pyszne, że aż jestem w szoku jak okazało się że dałem radę zjeść ich 7. Po północy kładziemy się spać... kładę się zestresowany bo Roksana naopowiadała mi historii o szczypawicach wchodzących nocą do ucha.



Dzień 5
piątek 31.07.2009

  • Trasa : Gudhjemvej 35 - Osterlars - Gildesbo - Arsballe - Ringeby - Nyker - Gongeherred - Mollevangen - Knudsker - Grisby - Bornholms Lufthavn - Pedersker - Oster Somarken - Stand Marken - Dueodde - Sonogebeak - Balka - Nexo [ statek -> Nexo - DEN/PL - Kołobrzeg ] Kołobrzeg
  • Dystans : 73 km


Ostatni dzień na wyspie przywitał nas pobudką o 6 rano przez ulewny deszcz - padało już w sumie od 3 w nocy ale to tak delikatnie. Namiot dziewczyn zaczyna przeciekać więc wskakują do mojego - o dziwo moja tania pałatka znacznie lepiej znosi opady i jest w miarę sucho. Jemy śniadanie na tych 4 metrach kwadratowych i debatujemy co robimy dalej. Zrobiła się 8 a końca deszczu nie widać. Podejmujemy więc decyzję że pakujemy się i później zobaczy się co dalej. Pakowanie w deszczu nie było zbyt przyjemne, wszystko mokre i ogólnie zimnawo. Koło 9 ruszyliśmy, zaczęło się przejaśniać, deszcz przestał padać więc jedziemy ustalonym planem, aby przejechać całą południową część wyspy - jedzie się ciężko bo pod wiatr. Odwiedzamy ostatnią już czwartą rotundę w Nyker. W Knudsker zajeżdżamy nad piękny kamieniołom granitu Stubelokken stenbrud głęboki na 115 metrów, następnie odwiedzamy lotnisko. Zmieniamy kierunek jazdy i teraz mkniemy już wzdłuż południowego wybrzeża z wiatrem. W Pedersker zatrzymujemy się przy kościółku, a następnie robimy sobie piknik na trawce pod wiatrakiem opróżniając ostatnie zapasy z sakw. W Slusegard zostawiamy rowery pod płotem i idziemy zwiedzać na piechotę stary młyn Slusegard molle, zobaczyć blok skalny wskazującą przecięcie południka 15*E z równoleżnikiem 55*N i pokręcić się po plaży i szuwarach. Kolejne miejsce gdzie się zatrzymujemy - to słynne z pięknych plaż Duodde. Najpierw postanawiamy posilić się lodami, tylko pytanie czy słowo "posilić się" jest tu właściwe... jak zobaczyłem jak wielkie są te lody to zacząłem się zastanawiać w jaki sposób to mam zmieścić w sobie. Zostawiliśmy rowery pod drzewem i powędrowaliśmy na plażę - plaża bardzo szeroka, miał być jakiś super piasek, ale jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobiła - u nas w Polsce są ładniejsze plaże. Co ciekawe to na Bornholmie po wydmach nadmorskich można sobie najzwyczajniej w świecie chodzić, plażować i nie są one tak jak u nas poogradzane. W Nexo pojawiamy się jakieś 2 godziny przed odpływem katamaranu, wydajemy ostatnie bilony w supermarkecie i udajemy się do portu. Tam oczekiwanie w tłumie na załadowania bagaży i rowerów. Wskakujemy w końcu na statek i o 18 ze smutkiem odbijamy od brzegu - żegnaj Bornholmie. Z każdą minutą Bornholm zaczyna coraz bardziej się oddalać, aż w końcu znika całkowicie za horyzontem. Na katamaranie wesoło, słońce świeci i morze się solidnie rozfalowało i straszliwie buja katamaranem (o wiele mocniej niż jak płynąłem na Bornholm) - momentami wydaje mi się jakby ta nasza łajba miała się przewrócić. "Wesołe miasteczko" trwa niecałą godzinę - zmieniamy kurs i bujanie się uspokoiło, popatrzyliśmy na zachód słońca i zeszliśmy na salony pokimać trochę. Przed 23 dopłynęliśmy do Kołobrzegu. Na polskim lądzie zostaliśmy przywitani przez sympatycznego kołobrzeskiego rowerzystę Juraska, który oczekiwał naszego przybycia. Po załadowaniu bagaży na rowery ruszyliśmy czwórką pod przewodnictwem Juraska na zwiedzanie Kołobrzegu nocą. Najpierw zajechaliśmy na rynek, gdzie ucztowaliśmy przy pizzie, a następnie ruszyliśmy w miasto. W sumie kręciliśmy się po uliczkach Kołobrzegu do 3 w nocy, później nastąpiła mała różnica zdań co do noclegu - część chciała rozbijać się z namiotami na polu namiotowym lub lotnisku, część proponowała dworzec PKP lub plażę. Ostatecznie po przedstawieniu argumentów "za" padło na mój wybór - czyli dworzec PKP i plaża. Na dworcu PKP pożegnaliśmy się z Juraskiem i rozłożyliśmy się pod ścianą w głównym holu - na taki nocleg wpadło też kilku innych rowerzystów wracających z Bornholmu.



Dzień 6
sobota 01.08.2009

  • Trasa : Kołobrzeg [ pociąg -> Kołobrzeg - Poznań - Trzemeszno ] Trzemeszno
  • Dystans : 18 km [PKP -> 344 km]
Na dworcu usnąć solidniej jakoś się za bardzo nie dało, więc o 4:30 pojechaliśmy na plażę, na spektakl zwany "wschodem słońca". Trafiliśmy akurat na plaży na miejsce gdzie stały kosze plażowe, więc rozsiedliśmy się w nich i mogliśmy wygodnie przyglądać się jak słońce wychodzi zza horyzontu. Szum fal nas tak zmorzył że w końcu w tych koszach usnęliśmy. Niestety koło 7 trzeba było wstać i udać się ponownie na dworzec, gdzie czekały na nas pociągi i koniec wspaniałego wyjazdu. Roksana miała pociąg jako pierwsza, więc opuściła nas wcześniej. Ja z Agenciarą miałem pociąg godzinę później i do Piły jechaliśmy razem. W Pile Agnieszka miała przesiadkę, więc wysiadła a ja pojechałem dalej. Po kilkugodzinnej podróży pociągiem dotarłem w końcu do domu.


Piękna to była wycieczka. Dziękuję Wam dziewczyny za wspaniałe towarzystwo. Dziękuję również Juraskowi za przywitanie nas w Kołobrzegu i nocne towarzystwo.
Ogólnie przez 4 dni mojego pobytu na wyspie zobaczyliśmy większość głównych atrakcji Bornholmu, zjechaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz robiąc tam ok. 245 km, jednak sporo atrakcji zostało jeszcze do zobaczenia, więc będzie trzeba kiedyś tam powrócić.



Zapraszam również do przeczytania bardzo fajnie napisanej fotorelacji Agenciary z tego wyjazdu.

Relacja Agenciary



KLIP VIDEO




GALERIA ZDJĘĆ (215 zdjęć)

Po otwarciu zdjęcia zalecam wciśnięcie klawisza F11
w celu uruchomienia przeglądarki w trybie pełnoekranowym
blank.gif Komentarze blank.gif box_on.gif
#1 | nat dnia kwiecień 11 2010 23:46:30
Smile
#2 | nat dnia kwiecień 11 2010 23:47:27
WitamSmile Przeczytanie całego opowiadania jest "chłonne czasowo"
...i najzabawniejsze jest to, że odkrycie tego zostało uświadomione sobie przez moja osobę dopiero po przeczytaniu całości,
a płynący z tego wniosek jest banalnie prostySmile

Opis relacji z Borholmu jest bardzo interesującą lekturą, to treść obfitująca przeplatanką Twoich spostrzeżeń z łączeniem i przypisywaniem trudno brzmiących nazw, miejsc ulic. Jest w nim ukryte bogactwo językowe.
Mojej uwadze nie umknęły także opisy dotyczące Krajobrazu antropogenicznegoSmile tak znacząco różniącego się od Polskiej zabudowy.(mam tu na myśli chociażby kościoły i ład na cmentarzach, który się Tobie podoba).

Zacytuję Twoje zdanie "W nocy wilki nas nie zjadły, chociaż różne dziwne odgłosy dało się słyszeć koło namiotu. "
hm... myślę że ja miałabym taki straszek z adrenalinkąSmile sympatyczne uczuciaSmile
Łono natury dostarcza nam najciekawszych wrażeń i co najważniejsze niezapomnianych. Myślę że próba porozumienia się z obcokrajowcem, który miał słownik j. polskiego dostarczyła wam komedii na wysokim poziomie.
?krowy szwedzkie z długimi grzywkami?-imponujące i zastanawiające jest dla mnie to jak taka zwierzyna wygląda?
?Święte skały? również widok, który warto zobaczyć na własne oczy, ich wysokość jest zdumiewająca.
?natomiast "Twoja pałatka okazała się niezastąpiona" gdy namiot dziewczyn zaczął przemakaćWink
...mogłabym się tutaj rozpisywać, ale nie wypada by mój komentarz był tak imponującej długości jak Twoja relacja.
-relacja, która jest tylko cząstką Twoich niezapomnianych wrażeń z kilku dniowej wycieczki, gdyż to co przeżyłeś i widziałeś pozostanie w Twojej pamięci.
Wszystko zakorzeni się w postaci wspomnień.

Pozdrawiam NatSmile
blank.gif Dodaj komentarz blank.gif box_on.gif
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Copyright Sebastian Jeżewski "SebekFireman"

304,267 Unikalnych wizyt

Theme Blade by Nick Jones | Converted to V7 by Harly

Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2017 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.